Turnus logopedyczny Lubachów 2016

(07.01.2017)

W drugiej połowie sierpnia razem z babcią Elką i mamą wybrałem się na turnus logopedyczny połączony z onoterpią do Lubachowa.
Muszę przyznań, że był to bardzo intensywny i pracowity turnus.
Każdy dzień miałem wypełniony zajęciami.
Onetarapia, logorytmika, sensoplastka, logopedia, zajęcia z pedagogiem. Nie mogłem narzekać na nudę. Do tego jeszcze malownicza okolica i towarzystwo osiołków.


Nie powiem, że od razu było wszystko dla mnie super i nie bałem się a to wsiąść na osiołka, a to go pogłaskać, a to uczestniczyć w zajęciach grupowych z innymi dziećmi.
Ale gdy już się oswoiłem zarówno z nowym miejscem jak i poznałem zasady jakie panują na danych zajęciach i czego ode mnie oczekują terapeuci z dnia na dzień było coraz lepiej.
Nie bać się osiołka nauczył mnie mój nowo poznany kolega z turnusu-Tymek. Ten to był ananas. Wszędzie było Go pełno
Z resztą nie tylko Jego. Naprawdę trafiło nam się wspaniałe towarzystwo. Radosnych dzieciaków i ich fajnych rodziców.
Panie rehabilitantki, właściciele ośrodka, panie kelnerki też wspaniali. Wszyscy oddani swojej pracy i swoim małym turnusowiczom.


W tak wspaniałym miejscu, w tak wspaniałej atmosferze, gdzie wyczuwa się przyjaźnie nastawionych do Ciebie ludzi nie może nie być widać efektów pracy.
Panie rehabilitantki z dnia na dzień mnie coraz bardziej chwaliły.
Oczywiście jak już wspomniałem początki były trudne.

Szczególnie na zajęciach w grupie, w kółku och nie potrafiłem wysiedzieć, gdy coś mi nie podpasowywało, gdy było dużo mówienia, mało wizualizacji.
Dlatego Pani Grażyna wyszła mi naprzeciw.
Z mojej grupy ja miałem największy ubytek słuchu dlatego zawsze siadałem blisko gitary, żeby może chociaż poczuć wibrację, móc dotknąć gitary. Specjalnie dla mnie też Pani Grażyna brała różne maskotki, gadżety tak aby wizualizować to o czym śpiewa i opowiada. Ja za to mogłem też owych zabawek dotykać, pobawić się nimi troszkę tak żebym się nie nudził przy wysłuchiwaniu. Mimo tego, że nie słyszę bardzo ładnie naśladowałem rytm klaszcząc w rączki. Po prostu widziałem co robią inni i ja też to robiłem. Do tego jeszcze elementy z plastyki, które wykonywałem raz lepiej, raz gorzej.


Problemem były też zajęcia z sensoplastyki, które odbywały się na dworze siedząc na kocu, na trawie. Oj to dla mnie trauma. Nie czuje się dobrze, żeby usiąść na kocyku, na trawie, na piasku na jakiejś otwartej przestrzeni, a co dopiero w takiej pozycji coś tworzyć. Malować, dotykać różnych faktur, struktur, bawić się konsystencjami, zapachami…

Płacz i ryk.
A na zajęciach indywidualnych w sali z tą samą Panią pedagog zmiana o 180stopni. Pani była w szoku ile umiem. Jak ładnie pracuję, skupiam się na zadaniu, dobieram siłę nacisku ręki w zajęciach manualnych. Po takim poznaniu mnie, że ja potrafię, tylko problemem jest owy koc, trawa, przestrzeń, zaburzenia sensoryczne, na następnych zajęciach tworzyłem już na dworze przy stoliczku. Nie było może idealnie ale na pewno lepiej. A jak połączono jeszcze te zajęcia z zajęciami ruchowymi, torami przeszkód, machaniem chustą z piłkami, huśtaniu nas dzieci w koszu od prania i czarowaniem to już w ogóle było extra.


Długie rozmowy mamy z terapeutami na mój temat dały mamie poweru do działania a dobra atmosfera, zaangażowanie terapeutów, oraz indywidualne podejście do mnie sprawiło, że pierwsze sukcesy turnusu były widoczne już na samym turnusie.

Pierwsze to to, że z dnia na dzień coraz ładniej współpracowałem, otwierałem się na propozycje terapeutów, na dzieci. Drugie to ogromy sukces i przełom w jedzeniu.
Tak to właśnie na turnusie zjadłem pierwszego chrupka kukurydzianego. Ktoś pomyśli ale sukces???
Ale tak dla mnie to sukces, to był przełom.


Pani Grażyna po ocenie mojej buźki stwierdziła, że jestem gotowy na podanie czegoś stałego do buziaka. Chrupek kukurydziany jest tutaj najbezpieczniejszy bo jakby co sam się rozpuszcza po długim trzymaniu w buzi.
Byście widzieli minę mamy jaka była przerażona jak Pani Grażynka-logopedka wkładała mi pierwszy kęs chrupka do buzi. Babcia Ela do dziś to wspomina i śmieje się z mamy.
To przerażenie brało się stąd, że mama myślała, że jak ja mogę coś takiego zjeść. Przecież nie gryzę. Chyba całego chrupka będę chciał łykać. Przecież czasami jak wymagam odśluzowywania.
Tak, łykam obiadki, papki zblendowane, jogurty, budynie, kaszki, musy owocowe…ale tylko je łykam.
Nie musze rozdrabniać, przemielić w buzi, czy przekładać z przodu buzi na jej tył i dopiero łykać. Przecież buzia musi wykonać ciężką pracę aby taki kawałek trafił do żołądka.
Ale pomalutku, pomalutku, pomieliłem troszkę i łyknąłem pierwszego chrupka. I tak z tymi chrupkami ćwiczyliśmy co jakiś czas w ciągu dnia.


Na drugi dzień poprzeczka została postawiona wyżej a mianowicie dostałem do mojego dziubka kawałek chlebka z masełkiem.
Podziamdziałem, podziamdziałem i też zjadłem.
Wszyscy byliśmy w szoku!!! Chyba nikt nie wierzył, że wyjadę z turnusu zajadając chlebek?
Na odchodne dostałem od Pani Grażynki kilka zaleceń, jak jeszcze odwrażliwiać moją buźkę, abym czuł się pewnie, że nic się nie dzieje jak coś w niej mam. Tak poznawałem także smaki, bo ćwiczyliśmy i na kabanosach i na papryce czerwonej, żółtym serze, bananie, jabłku, pomidorze bez miąższu…
Kolejne zalecenie to poznawanie zapachów, zaglądanie w talerz innym, stawianie jedzenia przede mną najczęściej ile się da. Mam się z nim oswajać, że to nic złego. No i eliminujmy wszelkie wspomagacze typu tablet, bajki na dvd, telewizję.


Droga do samodzielnego jedzenia była długa…
Po powrocie z turnusu wzięliśmy do serca sobie wszystkie wskazówki i od razu je zaczęliśmy wdrażać.
Tak z dnia na dzień coraz ładniej jadłem chlebek i to już nie z samym masłem… W menu pojawiły się serki łatwe do rozsmarowywania, biały, twarożki, pasta jajeczna ,pasta rybna, pasztet, dżem, miód, a nawet szynka tyle, że mocno posiekana.
Z dnia na dzień pojawiła się też chęć wsadzania chlebka samodzielnie do buzi. Choć i tak trzeba było jeszcze nad tym popracować bo dla mnie zjedzone często oznaczało pusto na talerzu. To nic, że poupychałem chleb do buzi na maxa tak, że zaraz wypadł mi z niej i skorzystał na tym Maniek

Nie ma nic na talerzu więc zjedzone. Ale i z tym radzę sobie coraz lepiej i przyjmuję do wiadomości gesty rodziców, żebym jadł pomału. Wcześniej zaraz się złościłem i tylko jeszcze bardziej przyspieszałem i wkurzałem się, że odsuwają mi talerz. A teraz pięknie zajadam.


Gorzej jest z jedzeniem łyżeczką. Raz jem bardzo ładnie, ładnie trzymam łyżkę, prowadzę ją do buzi. A czasem mam tak leniwą tą rączkę, że ślęczę i ślęczę nad tym jedzeniem. Niektórzy nieraz mi ulegają i wtedy mnie karmią. A nie o to tu przecież chodzi… Skoro z tą łyżeczką nie bardzo umiem się dogadywać mama postanowiła urozmaicić mi posiłki żeby nie były, że tylko łyżka i łyżka.
Zajadam sobie banana pokrojonego w nie takie cienki plasterki, mandarynki, pomarańcze i grapefruity ale pozbawione tej błoniastej skórki, chrupaski kukurydziane, czekoladę (uwielbiam jajka niespodzianki).
Ostatnio też, coraz częściej dostawałem przy obiedzie oprócz mojej zblendowanej porcji, kawałki warzyw abym mógł coś pogryźć. I tak oto także obiadki zajadam już w postaci nie zblendowanej, no chyba, że nie jest dość miękkie mięso.
Troszkę gorzej radzę sobie z zupką, w której to widać kawałki warzyw. Warzywa jem ładnie. Gorzej z samą zupką bo jak się zamachnę i poprowadzę zupę na łyżce do buzi to mało co do buzi trafi. Tak porozlewam. Muszę jeszcze nad tym popracować. No i nad piciem z kubeczka. Bo to też nie bardzo mi wychodzi. Więcej picia na mnie niż we mnie. Konkretnie napoić to można mnie póki co łyżeczką i to oczywiście przez kogoś. Ale nauczę się.


Najważniejsze, że jem już samodzielnie, że nie krztuszę się, nie aspiruję pokarmu. To ogromy sukces i ogromny krok ku samodzielności

 




« powrót do listy aktualności

Galeria

spacerowo i rodzinniemoje trzecie urodzinkimoje trzecie urodzinkimoje trzecie urodzinkimoje trzecie urodzinkimoje trzecie urodzinkimoje trzecie urodzinkimoje trzecie urodzinkimoje trzecie urodzinki